ASTRO-PLENER W BIESZCZADACH

Dlaczego astro-plener w Dwerniku, a nie np. w Polańczyku ?

Bo Dwernik podobnie jak Chmiel, Roztoki i kilka innych, bieszczadzkich miejscowości leży w totalnie „czarnej dziurze” czyli tam gdzie zanieczyszczenie światłem jest zerowe.

Byliśmy dokładnie tam, gdzie jest czarne pole na mapie. Tylko maleńki fragment Bieszczadów ma idealne do obserwacji niebo, poza tym dosłownie w kilku miejscach w Polsce można spotkać podobnie „czarny” nieboskłon. Już niemal nigdzie w Europie zachodniej nie ma takich „czarnych dziur”.

Image

Oczywiście jest sporo „czarnego” nieba na Ukrainie i Białorusi, no ale tam światło cywilizacji zachodu jeszcze nie dotarło …  Normalka 🙂

Tyle tytułem wstępu, bo chociaż astro-fotografia jest bardzo ciekawa, to wiele w gwiezdnej materii nie zdziałałem. Nie miałem odpowiedniego sprzętu.

Po słynnym kiedyś obserwatorium w Roztokach nie ma śladu (została tylko goła łąka). Astronom Povol Duris powiedział mi, że polskie Roztoki całkiem „padły” i już chyba się nie podniosą. Do niedawna odbywały się tam (na polanie) sympatyczne zloty astronomiczne, ludzie rozkładali teleskopy, robili zdjęcia, ale chyba komuś to przeszkadzało ? Bo ekipa pasjonatów astronomii przeniosła się w rejon Baligrodu, gdzie panują (astronomicznie) gorsze warunki, ale przynajmniej jest spokój.

Jak zwiedzałem przed laty wielkie Stany Zjednoczone, to co krok widziałem chamską tablicę „Private Area”. Nie wiem czy to jakaś reinkarnacja ? Ale w Bieszczadach mamy teraz Panie Amerykę, co krok ordynarnie wystaje z ziemi paskudna, żółta tablica „Teren Prywatny” ! Co za kuriozum ?

Private Area

Na szczęście nikt nie stoi z karabinem i jeszcze nie strzela na widok niewinnego człowieka (turysty), który wchodzi z aparatem foto na prywatną łąkę. Ale kto wie co nas czeka w przyszłości ?

Za kilka lat w Bieszczadach też może być Ameryka i będzie kulka w łeb, albo widły w pierś ?

Za to na szczęście pierś zapiera cudowny klimat bieszczadzkiej nocy.

Swit

Byłem trochę niewyspany na tym plenerze, ale warto było w nocy wstać, by złapać tzw. „dziurę w niebie” i na własne oczy zobaczyć pierścienie Saturna lub Księżyce Jowisza. Niestety nikt nie miał reduktora do Nikona (sami Canonierzy się dobrali) i nie mogłem podpiąć do teleskopu mojego sprzętu co by machnąć astro-foto.

Więc pstrykałem San o świcie (bez teleskopu)

Nad Sanem 1

Powyższe zdjęcie zrobiłem z Mostu Harcerzy, most jest bardzo fajny, niestety od czasu do czasu rzucało nim jak rozbujaną huśtawką gdy ktoś przechodził. To cud, że zdjęcie wyszło ostro.

Za to, za chwilę zza horyzontu zaczęło wychodzić Słoneczko i pojawiły się wreszcie bieszczadzkie kolorki.

Nad Sanem 2

Nawet nie przeszkadzała mi jesienna aura i totalny brak śniegu, bo to co malowało Słońce na niebie było niesamowite.

San

„S” jak San czy „S” jak sinusoida ?

Las

Po smacznym śniadaniu zaplanowaliśmy atak na Chatę Socjologa. A w trakcie podchodzenia widzieliśmy tylko wspaniały las, las, las ….

Galazka

Oczywiście po drodze nie mogło zabraknąć akcentu „bazy ludzi umarłych” czyli bieszczadzkiej ciężarówy (ala Ził), która straszyła swoim zardzewiałym „ryjem”.

Zil

Po drodze robiliśmy zdjęcia pod okiem naszych mistrzów.

Nauka

Andrzej pod czujnym okiem Włodka fotografuje promień światła na iglastej gałązce.

Droga do Chaty Socjologa jest dzisiaj dziecinnie łatwa, nie trzeba przedzierać się przez krzaczory, szlak jest dobrze oznakowany.

Otryt

Lekkim spacerkiem, ciągle zatrzymując się i fotografując wszystko co nas zauroczyło, po 2-godzinach byliśmy prawie na miejscu.

Republika

Jako pierwszy z ekipy dotarłem do tego znaku, zadzwoniłem do Andrzeja, że stoję na rozdrożu i nie wiem gdzie iść ? Tak zadzwoniłem ! Tam działa telefon, jest dobry zasięg, hula GPS, taka cywilizacja Panie, że zgubić się nie można. Włodek potwierdził z dołu, że idę w dobrym kierunku i za chwilę będę już w Chacie Socjologa, gdzie czeka na nas gorąca herbata.

Medytacja

Ale zanim dotarłem do chaty sfotografowałem takie oto medytujące medium. Kapitalnie to coś wyglądało pomiędzy hubami.

Po chwili o mało nie umarłem ze strachu, gacie były pełne, bo oczom mym ukazała się dyndająca noga ! Przepraszam, powinienem napisać prawidłowo „kończyna dolna” (dwója z anatomii)

Noga

To prawdopodobnie taki, specyficzny dowcip, artystyczna instalacja, którą wykonali studenci, niezłe, podoba mi się, lubię takie klimaty.

A Połoniny ? One jak zwykle wglądały imponująco.

Poloniny

Przed Chatą Socjologa przywitał mnie gospodarz Krzysiek – prawdziwy bieszczadnik.

Krzysiek 1

Jak na zahartowanego leśnego luda przystało Krzysiek „paradował” w krótkim rękawku, podczas gdy my, odziani w polary, kurtki i czapy dostawaliśmy gęsiej skóry na widok tego roznegliżowanego twardziela.

Krzysiek 2

Zrobiłem Krzyśkowi kilka naturalnych ujęć, bo ten gość to kwintesencja bieszczadzkiej ziemi i zasługuje na staranny portret.

Krzysiek 3

Z powyższego portretu jestem niezmiernie dumny, bo tym zdjęciem zdobyłem uznanie u  Agnieszki i Włodka, którzy szczególnie wyróżnili moją pracę zamieszczając „Krzyśka” jako pierwszą (reprezentatywną) fotografię w swej galerii z pleneru.

Link do galerii:

http://www.photovoyage.pl/natureblog/bieszczady-dniem-i-noca/

Człowiekowi zawsze ciepło robi się na duszy jak widzi, że ktoś odbiera fotografię na tych samych falach. A jeżeli tym kimś są tacy pasjonaci jak Agnieszka i Włodek Bilińscy, to ja już jestem w „siódmym niebie”!

I niestety nadszedł koniec pleneru.

Zmierzch

Na koniec bieszczadzki las o zmroku. Jest niesamowity.

 

Reklamy

2 myśli w temacie “ASTRO-PLENER W BIESZCZADACH”

  1. „Niebo gwiaździste nade mną”…
    Szkoda wielka, ze obserwatorium w Roztokach padło. Pamietam tamto niebo. Spędziłem wiele nocy pod jego firmamentem. W swoich górskich włóczęgach byłem minimalistą sprzętowym, tzn. zawsze starałem się nie dzwigać zbyt wielu rzeczy, i jesli warunki tego nie wymuszały, zawsze spałem pod gołym niebem. To bieszczadzkie rzeczywiście bylo fantastyczne. A pod roztockim spędziłem szczególnie dużo czasu, bo na studenckich wakacjach prowadziłem jakiś czas funkcjonującą tam kiedyś (nie wiem, jak jest teraz) bazę namiotową oraz pracowałem w lesie. Raz nawet to niebo pomogło mi wrócić do Roztok: kiedyś ktoś mnie i miejscowemu podleśniczemu – mojemu przyjacielowi, podarował przywiezioną z handlowej wyprawy na Węgry, wyśmienitą palinkę. Poszliśmy późnym popołudniem na Przełęcz nad Roztokami i tam, na granicy z ówczesną Czechosłowacją rozprawiliśmy się z nią. Było jej trochę mało, ale „doping” złapaliśmy, więc postanowiliśmy pójść na czeskie piwo do knajpy w Ruskiem, po drugiej stronie granicy, jakieś pięć kilometrów leśną drogą. Jak tam dotarliśmy, zaczął zapadać zmrok. Pokręciliśmy się trochę po znajdujących się na skraju wsi obejściach, pogadaliśmy z miejscowymi, którzy poinformowali nas, że knajpa jest już zamknięta (pewnie piwa nie było), natomiast totalna impreza jest na znajdującej się we wsi stanicy czeskiej straży granicznej. Tam raczej nie mieliśmy ochoty szukać trunków, musieliśmy natomiast wrócić na Roztoki. Była już ciemna noc, gdy ktoś z miejscowych wyprowadził nas z opłotków i plątaniny jakichś polnych dróg na trakt do Roztok. Noc była ciemna, że oko wykol, my bez żadnej latarki, w zupełnie nieznanym terenie, zdani tylko na siebie. No i zaraz też tę drogę zgubiliśmy. Plątaliśmy się po jakichś polach, rowach i krzakach, kompletnie straciliśmy orientację, nie mogąc również owej drogi odnaleźć. Więc poszliśmy na azymut, według gwiazd, na północ, dotarliśmy do granicy lasu i wzdłuż niego idąc trafiliśmy na drogę i już bez przygód wróciliśmy późną nocą do R. Gdziekolwiek jestem i widzę rozgwieżdżone niebo, zawsze przypomina mi się to bieszczadzkie, ciemne, usiane miliardami gwiazd, pod którym spędziłem przy ognisku setki nocy. Rzeczywiście, coraz trudniej znaleźć dzisiaj takie niebo. Tutaj niestety takiego nie ma. Widać tylko najjaśniejsze gwiazdy. Nawet Wielką Niedźwiedzicę wypatrzyć trudno, tak „zaśmiecone” innym światłem jest to nocne niebo. Ale piękne, może chyba nawet jeszcze bardziej rozgwieżdżone widziałem w lasach na granicy Wisconsin i Michigan.
    Szkoda, że nie udało Ci się pstryknąć tego bieszczadzkiego. Widziałem w sieci zdjęcia roztockiego nocnego nieba, które wrzucili tam uczestnicy astro-fotograficznych zlotów o których wspominasz. Ale odbiłeś sobie to z nawiązką fotografując niebo niegwiaździste. Podoba mi się ich nastrój, bo nie są, że tak powiem, „detaliczne”, mają swój specyficzny nastrój, wynikający między innymi z owej „niedetaliczności”, czyli pewnego niedopowiedzenia szczegółów. Ja lubię takie zdjęcia. „Sinusoidę” szczególnie. Sam nie mam wielu zdjęć bieszczadzkiego nieba. Nocnego wcale, a tego „przednocnego” albo „przeddziennego” parę sztuk. Na pewno nie więcej niż 5. Podczepiam jedno, moje pierwsze zdjęcie bieszczadzkiego nieba i jedno z pierwszych w ogóle kolorowych zdjęć Bieszczadów, jakie zrobiłem. Pstryknięte z progu roztockiej leśniczówki po ciężkiej ulewie, w chwilowym, przedzachodnim przebłysku słońca. Oczywiście Zorka 4K i ORWO UT z całym jego ponad 30-to letnim „dorobkiem” i „liniami papilarnymi” jednego z zakładów fotograficznych w Rzeszowie. Tak kiedyś wywoływali filmy!

    I o tej bazie jeszcze. Czy wiesz że filmowy pierwowzór bazy znajdował się w Sudetach? To, że dzisiaj owa baza i Bieszczady są w zasadzie nierozerwalnym połączeniem jest wynikiem umieszczenia przez Petelskiego akcji filmu w tych ostatnich. Każdy kto usłyszy dziś „Baza ludzi umarłych” ma przed oczyma nasze Bieszczady i środowisko tamtejszych ludzi lasu. Mnie na przykład ani ten film, ani jego tytuł w żaden sposób nie kojarzy się z Bieszczadami a przeszkadza mi w nim to, że sceneria jest zupełnie niebieszczadzka. I chociaż niektóre elementy codzienności w nim przedstawione są jakby żywcem przeniesione z leśnych osad, to jednak niewiele w filmie przypomina mi codzienność bieszczadzkich leśników, a trochę ją poznałem. Co prawda ze 30 lat później niż rzeczywisty czas, w którym Hłasko umieścił akcję swego opowiadania i nie tak dokładnie, jak mógłbym, bo nigdy nie byłem prawdziwym leśnikiem. Ale w owym środowisku spędziłem w sumie długie tygodnie, i w tym czasie w jakiś sposób żyłem ich życiem. Trochę potu podczas pracy w lesie też wylałem, że o wlanej w siebie w ich towarzystwie gorzałce nie wspomnę…
    null
    Na zdjęciu bieszczadzka umarła baza. To pozostałości po osadzie leśnej w Moczarnem u podnóża Działu, zlikwidowanej kiedy powstał tam rezerwat. Zrobione w 1989r.

  2. A propos tych tablic jeszcze

    Narzekasz, że w Bieszczadach Ameryka i nastawiali tablic. Rzeczywiście, jest ich tutaj od groma i trzeba się dobrze porozglądać dookoła, zanim coś sie pstryknie, ale to, co dzisiaj zobaczyłem to totalna groteska, absurd chyba nawet. U nas już roztopy, więc bardziej dla odprężenia i ruszenia duplexa niż planowanego pstrykania wyskoczyłem nad znany Ci Rock Creek. I patrz, na co trafiłem!


    Tak, tam nad wodą, zawieszona na linie, dyndała na wietrze wiadoma tablica. Na zdjęciu niezbyt ostra, bo było ze 200 metrów od miejsca, skąd fotografowałem. Rozbawił i wkurzył jednocześnie mnie ten widok. Ja wiem, że w tym kraju można kupić wszystko, nawet kawałek koryta rzeki. Ale żeby coś takiego tam postawić? To jej najpiękniejszy odcinek!
    I na koniec coś z rodzimego podwórka, czyli lasku komunalnego w naszym mieście. Zrobione z 10 lat temu, ale jeszcze trwa. Widziałem ją tego lata. Już pordzewiała, do połowy zakryta naroślą, ale jest. Dobrze że nie napisane „Nie niszcz drzew”.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s